czwartek, 19 marca 2015

Tam, gdzie wszystko się zaczyna

Martin zetknął w prawo ponad ramieniem swojego kumpla. Korytarzem kroczyła Liana. Jak zwykle podczas przerwy korytarze gimnazjum wypełniały się zdezelowanymi nastolatkami. Wszyscy aby odreagować męczących nauczycieli dawali upust swym emocjom na korytarzu.
Dziewczyna uśmiechnęła się do niego lekko i przeszła bez słowa obok. Martin gapił się z otwartymi ustami.
- Ej! - Cal zamknął mu przed nosem szafkę. - Gościu ogarnij się. Będzie na tym cholernym korytarzu przez całe następne miesiące.
Chłopak otrząsnął się i westchnął. Otworzył drzwiczki od swojej półki i wrzucił podręcznik do chemii.
- Wiem. Tylko, że ona jest zabójczo...
- Piękna, interesująca i tak dalej... - wszedł mu w słowo Cal. - Ja też wiem. A teraz bierz tę makulaturę i zwijamy się na lekcje, bo zaraz będzie dzwonek.
Martin szybko pozabierał to co miał do zabrania i ruszył za kolegą wymijając innych uczniów. Skrzywił się wymownie do ścian. Musiało tu być tak wąsko? Nabawi się kiedyś klaustrofobii. Na końcu korytarza skręcili w prawo w kolejny, szerszy korytarz, w którym znajdowały się klasy. Podeszli do nr. 25 i rzucili torby na ziemię. Byli pierwsi. Martin zaczął nerwowo spacerować. Rudzielec Cal obserwował go z lekkim uśmiechem.
- Widzę, że ktoś będzie się musiał wyspowiadać. - wsunął dłonie do kieszeni. - Nieładnie podbierać Michałowi Aniołowi dziewczynę.
Rzucił mu mordercze spojrzenie.
Michał Anioł to była ksywka pewnego chłopaka o uzdolnieniach artystycznych. Potrafił malować ustami i stopami. Nikt mu nie mógł w tym dorównać a przy okazji ćwiczył na siłowni. Dziewczyny uwielbiały jego blond włosy i muskularne ramiona. Chichotały na jego widok i szeptały, że kiedyś zostaną jego żonami. I mało tego miał dziewczynę w której on - Martin się zakochał. Miała na imię Liana. Zabójczo zielone oczy i piękne, długie czarne włosy. Uważano ją za najpiękniejszą laskę w szkole. I było by dobrze gdyby właśnie nie Michał Anioł. Był brutalem. Każde odezwanie się do Liany kosztowało śmiałka miazgą z nosa. Brutal, cham i idiota przy okazji. Martin szczerze go nie nienawidził. Nie tylko dlatego, że miał Lianę i że był uzdolniony. Dlatego, że nie dorównywał mu prawie w niczym. Miał krótkie jasnobrązowe włosy, szare oczy. Był szczupły i wysoki. W żadnym razie nie muskularny. Nie miał tych blond włosów, tych mięśni. Dziewczyny nie zdychały na jego widok z miłości. Kim był? Był koszykarzem, ale co to jest w porównaniu do artysty?
Jego rozmyślania i plątaninę myśli przerwał dzwonek. Uczniowie jego klasy zaczęli się schodzić. Znowu zaroiło się od uczniów. Jakaś torba przemknęła mu przed oczami.
- Heh. I co gnojku? - usłyszał drwiący głos i przed nim stanął...
- Michał Anioł... - mruknął pod nosem.
Wokół zrobiło się cicho. Wszyscy spojrzeli na nich. Było wiadome, że jak Michał Anioł gada coś do Martina to zaraz może się to źle skończyć. Oczywiście dla ofiary.
Martin uporczywie unikał jego oczu. Tamten uniósł brwi.
- Kto? - zapytał. - To było do mnie?
Chłopak zaszurał nogą.
- Nie... ja tylko tak...
Pięść powędrowała ku jego twarzy. Jego głową zarzuciło do tyłu. Poczuł potworny ból. Ciepła maź polała mu się po ustach i podbródku, kapiąc na ziemię i koszulkę. Padł jeszcze jeden cios. Dookoła rozległy się krzyki dziewczyn i śmiech chłopców. Zgiął się wpół.
- Co do mnie powiedziałeś?! Michał Anioł?! - rozwścieczony brutal pchnął go na ścianę. - Ty gnoju. On nawet do pięt mi nie dorasta!
Zachłysnął się powietrzem. Kaszląc i plując krwią, wycharczał:
- Nie, nie dorasta ci, ponieważ twoje ego jest większe od jego. Jego organizm nie marnował siły na nadęte ego.
Rozległy się śmiechy. Michał poczerwieniał i rozejrzał się po korytarzu.
- Już nie żyjesz. - syknął, rzucił się na niego i zaczął go okładać pięściami.
Każdy cios był bolesny. Nawet gdy Martin osunął się na ziemię ten dalej go bił. Śmiech zamienił się w okrzyki przerażenia.
- Ej, idioto! Zostaw go! - ryknął Cal i skoczył na plecy Michała. Tamten z łatwością zrzucił go z siebie z całą siłą. Cal walnął głową o ziemię i stracił przytomność.
Uczniowie spanikowali. Mogli tylko patrzyć jak leje się krew.
- Ja... Michał... Anioł!? - po każdym słowie padał cios w przypadkowe miejsca.
Martin myślał, że to się nie skończy i ten go pobije na śmierć. Gdyby nie Liana.
Przez łzy i krwawą mgłę zobaczył jak pięść zamiera tuż przy jego twarzy.
- Clark! Zwariowałeś?! - krzyknęła i szarpnęła jego ramię. - Zostaw go!
Clark zwany Michałem Aniołem odwrócił się do swojej dziewczyny. Dyszał cięzko.
- Bo co? Co mi zrobisz?
Chciał jeszcze mu przyłożyć gdy Liana walnęła go w twarz. W jej oczach zalśniły łzy.
- Ty... ty brutalu. - wydusiła. - Myślisz, że siłą zdobędziesz przyjaźń i autorytet?
Po raz drugi zapanowała cisza. Nauczycieli nigdzie nie było widać. Wszyscy inni uczniowie nie mieli w tej części szkoły lekcji.
Clark zaskoczony dotknął policzka. Spojrzał z gniewem na swoją dziewczynę.
- Bronisz go?! - ryknął. - Tego gnoja?! Przecież on nic nie jest wart! Jest jak wrzód na dupie!
- Gdybyś nie miał takiego nadętego ego to może zrozumiałbyś innych ludzi i ich potrzeby oraz zainteresowania! - odparowała. - Nie zamierzam chodzić z... idiotą i lalusiem, który pokazuje swoją siłę bo tak mu się podoba i znęca się nad innymi!
Chłopak ryknął śmiechem.
- Widać od razu, że ty też nic nie jesteś wart. Od początku to podejrzewałem.
Jej oczy rozszerzyły się.
- Co... to ty...
- Tak, tak. A co myślałaś? Że chodzę z tobą, bo cię kocham? - parsknął śmiechem. - Tylko dlatego, żeby mieć czym się pochwalić przed kolegami. Musiałem mieć kogoś do zabawy.
Liana patrzyła się z niedowierzaniem na Clarka.
- A ja myślałam... Jaka ja byłam głupia. - szepnęła. Po jej policzkach spłynęły łzy. - Zrywam z tobą.
Wzruszył ramionami.
- Sam miałem to zrobić, ale widzę, że już nie muszę. - zarechotał. Kopnął Martina w żebra. - Na twoim miejscu radziłbym ci mnie przeprosić i lizać buty. Inaczej się nie pozbierasz.
Ryknął śmiechem tylko i wymijając załamaną Lianę ruszył korytarzem. Dziewczyna uklękła przy Martinie i wyciągnęła chusteczkę.
- Co tak stoicie?! - wydusiła. - Niech ktoś idzie po tych cholernych nauczycieli!
Od razu kilku uczniów pobiegło do pokoju nauczycielskiego. Liana drżącymi rękami zaczęła ostrożnie wycierać krew z twarzy Martina.
- Nie odpływaj. - szepnęła. - Musisz tu zostać.
Na jego ustach wykwitł mały uśmiech. Marzył o niej. A teraz pochylała się nad nim i mówiła do niego. Usłyszał głosy nauczycieli pędzących korytarzem i relacje świadków. Zanim którykolwiek z nich do niego dotarł, chłopak stracił przytomność.

- Połamane dwa żebra, podejrzenie wstrząśnięcia mózgu, złamany nos, krwotok wewnętrzny... - lekarz tkwił przed rodzicami piętnastoletniego chłopaka i cierpliwie aczkolwiek delikatnie tłumaczył im obrażenia i konsekwencję powiązane z nimi.
 Dostrzegał na ich twarzy coraz większe przerażenie. Niedaleko ich stała dziewczyna w tym samym wieku. Miała opuchnięte oczy i drżała. Chirurg podziwiał jej wytrzymałość. Nie opuściła chłopaka od chwili gdy ten trafił do szpitala. Gdy zapytał dlaczego tu jest i co tu robi wytłumaczyła, że jej były chłopak pobił Martina i że jest mu winna swoją obecność.
Trwało dochodzenie w tej sprawie. Mężczyzna wiedział, że jako chirurg będzie musiał napisać opinię i w przypadku obrażeń od pobicia będzie musiał zgłosić się z tym na policję. Przypuszczał, że ten kto kto zrobił z pewnością będzie miał dobrego prawnika.
- Tak więc, drodzy państwo Martin będzie tu musiał pozostać przez dwa tygodnie. Jeden tydzień w śpiączce farmakologicznej. A drugi dla ustabilizowania organizmu.
Roztrzęsiony ojciec pokiwał głową.
- Po dwóch tygodniach będziemy mogli odebrać syna, tak?
- Zgadza się. - lekarz uśmiechnął się współczująco. - Czas to najlepsze lekarstwo w tym przypadku. Proszę mieć nadzieję. Gdy tylko coś będziemy mieli dam państwu znać.
Pokiwali głowami. Lekarz pożegnawszy się odszedł białym korytarzem. Mijał po drodze chorych pacjentów i personel szpitala. Westchnął ciężko i skręcając w prawo przeszedł przez dużą salę ogólną a następnie udał się do jednego z korytarzy wiodących na północ. Wszedł do swojego gabinetu i rzucił na stół papiery pacjenta. Zerknął za okno. Słońce sięgało horyzontu. Za chwile zajdzie.
Potarł twarz. Zapowiadał się ciężki tydzień. Znał agresora i wiedział, że od teraz życie nie będzie łatwe. Jego rodzice uczepią się jak pijawki. A to oznaczało klęskę.

Liana usiadła obok łóżka Martina na krześle. Przypatrywała się jego zmasakrowanej twarzy. Z trudem przełykała łzy goryczy i bólu. Nie mogła pogodzić się z prawdą, która się ukazała. Myślała, że będą szczęśliwą parą. A Clark ją wykorzystał i pobił nic Bogu winnego Martina. Lubiła tego chłopaka. Wielokrotnie ona i jej były chłopak chodzili na mecze kosza. A Martin, który grał w drużynie był najlepszy. Clark z jakiegoś powodu go nie znosił i drwił z niego na każdym meczu. Nie przeszkadzało to Lianie. Dostrzegła w graczu dobre strony i dobre cechy którymi był obdarzony. Bardzo szybko go polubiła. Miała potworne wyrzuty sumienia, że teraz leży w szpitalu. Mogła przewiedzieć, że kiedyś do tego dojdzie. Gdy myślała coraz bardziej nienawidziła Clarka. Wszelkie przyjazne uczucia które w niej tkwiły do tego artysty prysły jak bańka mydlana.
Przyglądając się Martinowi nagle wyciągnęła rękę ku jego włosom. Zamarła. Jej oddech przyśpieszył. W końcu zatopiła dłoń w jego miękkie włosy. Pogładziła je delikatnie.
- Budź się, śpiochu. - mruknęła i zarumieniła się. Szybko wycofała dłoń i wstała.
Co się z nią stało? Dlaczego to zrobiła? Przecież nic do niego nie czuje. Pokręciła głową i wyszła z sali. Na korytarzu stali jego rodzice. Przytulali się i szeptali do siebie słowa pocieszenia. Gdy zauważyli ją uśmiechnęli się słabo. Ojciec Martina podszedł do niej i powiedział:
- Mogę cię odwieść do domu. - zaproponował.
- Ja... - spojrzała nieśmiało na matkę poszkodowanego - Mariannę. - Nie wiem czy...
- To nie twoja wina. Wiemy jak było i co się stało. - powiedziała. - Spokojnie. Mój mąż cię odwiezie jeśli tego chcesz.
Patrzyła się na nich i poczuła przypływającą wdzięczność. Nie pomogła ich synowi nawet go nie ostrzegła a oni mimo tego proponowali pomoc. Zgodziła się. Gdy podjechali pod jej dom ojciec życzył jej miłej nocy i odjechał. Liana stała długo przed drzwiami aż w końcu weszła. Znalazła się w prostym holu. Do jej nozdrzy dostał się ten charakterystyczny zapach drewna. Cały hol był drewniany, zbudowany z pnia dębu. Nie było w nim żadnych ozdób oprócz stojaka na parasole i wieszaka. Szło się prosto i trafiało się do salonu z pięknym dywanem, stolikiem, krzesłami oraz kredensem i telewizorem. Od salonu były dwa wyjścia: do kuchni i do łazienki. Z kuchni szło się do małego przedpokoju i potem do pokoju Liany. Podążyła tą drogą do swojej dziury i zamknęła drzwi. W domu nikogo nie było prócz babci na górnym piętrze. Na górne piętro było osobne wejście z podwórza. Usiadła na swoim łóżku i ukryła twarz w dłoniach. Czuła się zagubiona i samotna. Nie wiedziała u kogo szukać pocieszenia. Pomyślała o babci. Wahała się przez moment aż w końcu wstała, pokonała tę samą drogę, wyszła na zewnątrz, obeszła dom i wspięła się na schody. Zapukała cicho do drzwi. W końcu weszła do środka. Zastała babcię siedzącą przy stole kuchennym z biblią w ręku. Wpatrywała się w okno. Siwy kosmyk opadał na jej zmarszczone czoło.
- Witaj wnusiu. - powiedziała i odwróciła ku niej głowę. - Coś się stało?
Zmarszczyła brwi.
- Skąd wiesz, babciu?
Odłożyła biblię na stół i wstała.
- Masz opuchnięte oczy. A teraz opowiadaj co się stało.
Powiedziała wszystko. Wyrzuciła z siebie gromadzące się emocje i uczucia. Gdy skończyła jej powierniczka pokiwała głową.
- Mogłabym powiedzieć: Ach ta dzisiejsza młodzież. Ale nie powiem tego. - sięgnęła po biblię. - Wiesz co biblia mówi na ten temat? Pan moją siłą, moją twierdzą, moją ucieczką w dniu ucisku. ”.
Liana przyjrzała się tej księdze.
- Babciu... ja nie jestem pewna czy tego pisma ktoś sobie po prostu nie wymyślił. - stwierdziła. - Bóg według tego stwierdzenia może wcale nie istnieć. Nie możemy go dotknąć...
Stara kobieta uśmiechnęła się lekko.
- "Błogosławieni ci, którzy uwierzyli a nie wiedzieli". To jest próba, moje dziecko. Jezus sprawdza na ile go kochasz i w Niego wierzysz. Jest twoją twierdzą. Zobacz, poczytaj i zastanów się. - wyciągnęła w jej stronę biblię.
Liana spojrzała na księgę, marszcząc brwi.
- Ja wiem, że Bóg jest niemodny w dzisiejszych czasach. - babcia zachichotała. - Tak samo jak Bóg dla was jest niemodny tak komputer i rzeczy którymi zajmuje się dzisiejsza młodzież są niemodne.
Niezdecydowana dziewczyna jednak w końcu chwyciła biblię i ucałowała babcię w policzek.
- Dzięki, babciu.
- Proszę. Gdy coś przeczytasz... to idź do kościoła. Nie ważne jakiego. Może być nawet protestancki. Bylebyś miała kontakt z Bogiem. Bóg jest wszędzie. Nie tylko w kościele katolickim.

 Mijały dni. Pogoda burzyła się raz to znowu była ładna. Lianie większość czasu wolnego po szkole zajmował: szpital, nauka i biblia. Na to ostatnie poświęcała mało czasu. Po tygodniu chodzenie do szpitala stało się prawie tradycją. Gdy był jakiś dzień gdy nie była w szpitalu, tęskniła za jego twarzą. Gdy sobie to uświadomiła na dwa dni przestała chodzić do Martina. Musiała znaleźć inne wytłumaczenie, dlaczego chodzi do szpitala. W końcu wmówiła sobie, że po prostu chce z nim pogadać i czeka na to aż się ocknie. Lekarz, który opiekował się Martinem zapowiedział, że nauka postępuje szybko i już po tygodniu będą mogli wybudzić pacjenta. Tydzień po tamtym złym dniu wreszcie go zaczęli wybudzać.
Stanęła na korytarzu i patrzyła jak dookoła Martina uwijają się ludzie. Obok niej stali jego rodzice.
- O Boże... - szepnęła pani Marianna. - Oby wszystko było dobrze.
- Spokojnie, kochanie. - powiedział jej mąż. - Nic się nie stanie wbrew woli Boga.
Liana dziwnie zerknęła na nich. Srać wiarę teraz. Z sali wyszedł chirurg i uśmiechnął się.
- Państwa nadzieja nie była bezpodstawna. Możecie odwiedzić swojego syna. - tu zerknął na Lianę. - I kolegę.
Cała trójka wparowała do środka. 
- Synku! - wyszeptała Marianna. Chwyciła jego dłoń.
Martin zamrugał. Gdy usłyszał głos matki uśmiechnął się słabo.
- Mamo... - wyszeptał cicho, z trudem.
- Ci... Nie mów wiele. Jesteś zmęczony. - rzekł jego ojciec i szczęśliwy spojrzał na Lianę znacząco. - Kogoś ci przyprowadziliśmy. Ten ktoś czuwał przy tobie kilka godzin dziennie. - ściszył głos, zwracając się do Liany. - Chodź.
Dziewczyna wciągnęła powietrze. Mogłaby się w zasadzie wytłumaczyć, dlaczego siedziała tu godzinami... ale... czy on by w to uwierzył? Podeszła do jego łóżka. Gdy Martin ją zobaczył jego oczy rozszerzyły się.
- Liana... - wymamrotał.
Odwróciła się szybko do jego rodziców w poszukiwaniu pomocy, ale oni uśmiechnęli się.
- Pogadajcie sobie a my poczekamy na zewnątrz. - oznajmiła Marianna i pociągnęła męża do wyjścia.
Po chwili drzwi zamknęły się za nimi. Powoli odwróciła się ku Martinowi. Na jego ustach igrał uśmiech.
- Byłaś... byłaś tu tyle czasu? - zapytał z trudem. 
Pokiwała głową. Uśmiechnęła się lekko i odgarnęła kosmyk czarnych włosów za ucho.
- Jestem ci to winna. Powinnam przewidzieć, że on... może cię pobić. - usiadła na krześle na którym siadała przez cały tydzień. - No i myślę, że musimy o tym pogadać.
Przyjrzał się jej uważnie. Zakaszlał słabo.
- Myślisz, że musimy. - spróbował znaleźć sobie dogodną pozycję by widzieć jej twarz. - Ja myślę, że nie tylko o tym. To jak on mnie pobił... coś mi to uświadomiło. Byłem wtedy bezbronny. Nawet nie próbowałem się bronić.
Jej oczy rozszerzyły się gwałtownie.
- Martin! Nie odpłaca się oko za oko, ząb za ząb, takiemu palantowi jak Clark! - oburzyła się. - Nic ci to nie da.
- O! - uniósł brew. - Clark to palant w twoim mniemaniu?
Prychnęła.
- Nawet jeśli byś go zlał za to co ci zrobił... Gdybyś dokonał zemsty... To co potem?
Chłopak zacisnął szczękę. Spojrzał gniewnie w jej oczy.
- To co potem? - powtórzył. - Robię to dla ciebie. Za to jak cię potraktował.
Między nimi zapadła cisza. Liana wpatrywała się w niego z niedowierzaniem.
- Nie jesteś mi nic winien. To ja byłam taka głupia. - odwróciła wzrok.
Dotknęła czubkiem języka wargi.
- Martin... siedząc przy tobie próbowałam sobie wmówić, że siedzę tu dlatego, bo muszę z tobą porozmawiać o Clarku. To była nieprawda. Siedziałam tu, bo tęskniłam za... twoją twarzą. Za tobą. - wydusiła.
Gdyby położyła teraz dłoń na jego piersi poczułaby jak wali mu serce. Jego marzenia się spełniają.
- Czy ty chcesz mi powiedzieć... - zaczął zduszonym głosem.
- Tak. - przerwała mu. - Kocham cię.
I odważyła się by spojrzeć mu prosto w oczy. Nie mogła uwierzyć w to co widzi w jego oczach. Totalne zauroczenie i wierną miłość. Pochyliła się ku niemu. Słyszała jak wciąga głęboko powietrze. I znowu jak mogła się nie domyślić? Te tęskne spojrzenia...
- Martin...
- Kocham cię.
Uniósł rękę i wplótł w jej włosy. Przyciągnął jej głowę ku swojej i pocałował. Pocałunek był długi i namiętny. Gdy się od siebie odsunęli, poczuli, że są szczęśliwi.
- Wiesz... - zaczęła, ale nie dokończyła.
Do sali weszła policja. Dwóch facetów w pełnym umundurowaniu. Grubszy pokazał oznakę i szorstkim głosem zapytał:
- Liana Veruck? Zostajesz zatrzymana pod zarzutem poważnego pobicia Clarka Fenicka.