czwartek, 17 września 2015

Oskarżenia

Patrzyła na policjanta a jej usta otworzyły się wbrew woli. Mężczyzna ten mniejszy, zniecierpliwił się. Machnął ręką.
- Zapraszam z nami.
Wstała szybko, ale Martin chwycił jej dłoń.
- Liana. Nie. - powiedział stanowczym, ale słabym głosem. - Nie rób tego. Znając go jego kochani rodzice próbują nas, albo raczej ciebie wkopać.
Ścisnęła jego dłoń. Odwróciła się do mundurowych.
- Ale... - przygryzła wargę. - Jak? Dlaczego?
- Wszystko wyjaśnimy na komendzie. - oznajmił wyższy. - Czy mamy panią wyprowadzić czy da sobie pani radę?
Chciała odpowiedzieć, ale zamilkła nagle. Za pleców niespodziewanych "gości" dał słyszeć się głos.
- Przepraszam pana, panie sierżancie, ale czy mógłbym przejść do mojego syna?
Chudzielec i wyskoki zaskoczony cofnął się.
- Oczywiście. Przepraszamy. Przyszliśmy po Panią Veruck.
Uważne oczy pana Firlingera spojrzały na Lianę.
- Dlaczego? Czy coś zrobiła niezgodnego z prawem?
Drugi wzruszył ramionami.
- Mamy rozkaz doprowadzenia pani hm... Veruck na komisariat.
Firlinger trawił jego słowa. Na jego twarzy nagle pojawiło się zrozumienie.
- Och. Czyżby rodzice Clarka Huntona przyszli ze skargą?
- Owszem. - odparł zaskoczony z wąsikiem. - Skąd pan to wie?
- Bo mój syn został dotkliwie pobity przez syna państwa Huntonów. Leżał kilkanaście dni w śpiączce. Połamane żebra, pęknięcie czaszki... to nic takiego, prawda?
Funkcjonariusze zerknęli na siebie niepewnie. Widać było, że coś leżało na rzeczy.
- A po za tym - ciągnął ojciec Martina. - Jego syn zastraszał wszystkich słabszych od siebie i groził im. W tym mojemu synowi. Pobił go prawie na śmierć. - rozłożył ręce. - Pan Clark też nie jest taki niewinny. Już złożyliśmy skargę w sądzie. Czy mają panowie potwierdzenie, że zrobiła to Liana?
- Nie... - zaczął wąsaty, ale jego kolega chrząknął i zaczął kaszleć. - Znaczy... tak! Mamy. - otrzepał mundur. - Wierzymy na słowo. Widzieliśmy chłopca...
- Czy sądzicie panowie, że mogłaby to zrobić tak słabiutka istotka jak Liana Veruck? - zapytał ze zdumieniem Firlinger. - A czy nie przekupiono waszego szefa? Rodzina Huntonów to bogata rodzina, panowie. - uśmiechnął się lekko. - Jestem prawnikiem. Znam prawa. Jeśli daliście się przekupić lub co gorsza, wasz szef, jest to niezgodne z prawem i mogę to zgłosić. - widząc przerażenie na twarzy policjantów dodał z uśmiechem - Oczywiście do sądu.
Chudzielec zacisnął dłoń w pięść.
- Mamy rozkazy, które musimy wypełnić. Musimy. Jeśli oskarżona...
- Moment. - Firlinger podniósł dłoń. - Jest oskarżona już? Czy macie ją tylko aresztować? Jest ścisła różnica między "oskarżaniem" a "aresztowaniem". Być może macie na myśli, że rodzina Clarka oskarżyła Lianę o pobicie. Ale dlaczego nie weźmiecie pod uwagę tego, że może sam nabił sobie snaki, aby zemścić się na dziewczynie, która stanęła w obronie swojego kolegi? To również bogata, ale i intrygancka i wpływowa rodzina gotowa przekupić wszystkich i wszystko.
- Drogi obywatelu! - warknął wąsaty. - Ty jesteś tutaj, ale nie w pracy a my jesteśmy tutaj z wyraźnych powodów i my pracujemy. Możemy porozmawiać o tym w sądzie, jeśli chcesz pan o tym porozmawiać, ale panie, teraz pan nie ma nic do powiedzenia.
Firlinger już chciał na nowo zacząć dyskusję, ale Martin zaprotestował słabo.
- Tato...
Pod Lianą uginały się nogi. Martin widział to wyraźnie. Pociągnął ją za dłoń i opadła na jego łóżko z cichym jękiem.
- To szaleństwo. - szepnęła.
Dwaj faceci ruszyli ku niej.
- Stop! - na salę wpadł chirurg i lekarz Martina. - Stop! Stop, stop, stop.
Jego biały kitel opadł na nim a zdyszany lekarz wskazał ręką na roztrzęsioną nastolatkę.
- Jest chora. - wydyszał. - Mamy wyniki jej ostatnich badań.
- Co proszę? - zapytał groźnie wyższy policjant.
- To co pan usłyszał. - odparł chirurg. - Mamy badania i pokazują zmiany w układzie oddechowym. - przygładził włosy. - Jest to przewlekłe zapalenie płuc i oskrzeli charakteryzujące się...
- Dobrze! - wybuchnął wąsaty. - Prosimy wyniki!
Lekarz zaczął nerwowo szukać po kieszeniach. Rozłożył ręce a na jego twarzy odmalowała się bezradność.
- Przykro mi. Zostawiłem w gabinecie. Ale - dodał szybko widząc, że mają już przygotowane odpowiedzi. - Mogę wyjaśnić czym charakteryzuje się ta choroba. Jej główne objawy...
Zamachał rękami. Martin trącił Lianę, która gapiła się na chirurga. Co on wyprawiał? Po chwili dotarło do niej, że gra na czas i czeka na to aż zacznie udawać. Zakaszlała gwałtownie. Zgięła się w pół i zsunęła na kolana z szpitalnego łóżka.
- Moje płuca. - jęknęła z bólu. - Tak bolą...
Zaniosła się kaszlem.
Lekarz podskoczył.
- Widzą panowie. To jest główny objaw...
- Musimy ją...
Jeśli nie zostanie w szpitalu, infekcja może się rozwinąć a długo nieleczona w skutku doprowadzić nawet do śmierci. - przerwał im. - A chyba nie chcą tego panowie, prawda?
Oboje wrzeli z gniewu. Liana dalej pokasływała coraz ciszej aż w końcu kołysała się tylko na kolanach. Faktycznie zaczęły ją boleć płuca od udawanego ataku.
- Nie. Nie chcemy. - przyznali.
- W takim razie proszę aby państwo opuścili szpital. - wrócił do lekarskiej formułki. - Są tu chorzy, którzy potrzebują odpoczynku a panowie niepotrzebnie go burzą.
Zesztywniali, ale ostatecznie powiedzieli, że jeszcze się tu pokażą i wyszli. Zapadła ciężka cisza. Usłyszała od strony Martina odgłos jakby się dusił. Zerknęła na niego i zerwała się na nogi.
- Martin? - zapytała. - Nic ci nie jest?
- Synku. - ojciec podszedł do chłopaka.
Jego twarz zrobiła się czerwona a po policzkach spłynęły mu łzy.
- To było niesamowite. - wykrztusił.
Liana spojrzała na niego z osłupieniem.
- Z czego się śmiejesz?
Lekarz poprawił kitel i sprawdził monitor nad głową swojego pacjenta.
- Myślę, że z tego, że odstawiłem małą scenę. Złamaliśmy prawo, ale ci co zazwyczaj go strzegą nie widzą jak łamie się prawo w ich otoczeniu.
- No tak. - Pan Michael skinął głową. - Zgadza się. Myślą, że samym swoim wyglądem wzbudzają respekt do przestrzegania praw.
Martin usiadł ostrożnie i skrzywił się. Dziewczyna domyśliła się, że to jego żebra. Pogładziła jego włosy. Czuła się dziwnie i nie za bardzo wiedziała w co ją chce wpleść Clark. Popatrzyła na piękne, niebieskie oczy swojego nowego chłopaka. Być może chce się przez to też zemścić na Martinie. Na tę myśl poczuła, że krew płynie w niej coraz szybciej. Jej wnętrznościami szarpnął gniew. Mimo tego zapytała na tyle spokojnym głosem żeby nikt niczego się jeszcze nie domyślił.
- Co z Martinem, doktorze? Kiedy będzie mógł wyjść?
- Ha. - mruknął Michael. - Dobre pytanie.
Pan Kil westchnął i jeszcze raz sprawdził monitor.
- W takim tempie w jakim się leczy jest bardzo dobre. Myślę, że jeszcze dwa ewentualnie tydzień i mogę go wypisać. - oznajmił. - Pan tylko z żoną podpiszą oświadczenie i syn będzie mógł wyjść po okresie tych dwóch tygodni. Potrzebuję tylko zgody na leczenie.
Wyciągnął zza kitla teczkę. Nie zwrócił uwagi na zdziwione spojrzenie Liany i podał kartkę ojcu Martina.
- Tutaj. - pokazał palcem miejsce na papierze. - Złożycie państwo podpis. Jest wymagany od obojga rodziców bądź opiekónów prawnych.
- Wiem. - oparł i poprawił okulary. - Czy mógłbym wziąźć kartkę? Przyniosę ją na jutro.
- Hm. - doktor zrobił nieco niewyraźną minę. - No nie wiem czy byłoby to dobre. Już moim zdaniem zrobiliśmy limit w łamaniu praw, panie Firlinger.
- Możliwe. Czy zgoda jest potrzbna na teraz?
- Im szybciej zaczniemy leczenie, tym lepiej. Musimy podać odpowiednie leki. Na przykład przeciw zakrzepowe.
- Czy dziś po południu...?
- Oczywiście. - Pan Kil wyciągnął papierek. - Proszę. Tu będzie miał pan godziny moich przyjęć. A o dzisiejszym incydencie... - mrugnął do Liany. - To będzie tajemnica.
Michael westchnął ciężko. Podrapał się w brodę.
- Chyba nie mamy wyjścia. Mnie jako urzędnikowi nie za bardzo się to podoba, no, ale cóż.
- Cieszę się, że udało nam się dojść do porozumienia. - Kil wyciągnął rękę na pożegnanie. - Do zobaczenia w takim razie po południu. A wy tu... - zmierzył groźnym spojrzeniem parę. - Nie broić mi.
Przytaknęli a on z miłym uśmiechem wyszedł na korytarz po czym zniknął. Popatrzyli po sobie. Liana poczuła, że powinna podziękować. Chciała otworzyć usta aby, to zrobić lecz Miachael ją uprzedził.
- Nie ma problemu, moja droga. Nie będziesz siedziała za coś, za co jesteś niewinna. - położył dłoń na jej ramieniu. - To ja dziękuję, że byłaś przy moim synu.
Uśmiechnął się do Martina.
- Przyjdziemy tu jeszcze po południu.
- Jasne. - skinął głową i chwycił dłoń dziewczyny. - Tato. Chcę żebyś wiedział. - zerknął na Lianę. - Ja i Liana...
Na twarzy jego ojca odmalowała się radość. Ścisnął ich oboje.
- Macie moje błogosławieństwo, dzieciaki. Do zobaczenia.
Czuła radość. Pochyliła się i pocałowała chłopaka. Mruknął cicho i pociągnął ją na łóżko. Przytulił do siebie.
- Widzisz. Nie było tak źle. - powiedziała nieco drżącym głosem w jego koszulę szpitalną. - Mogło być gorzej.
- Może i mogło. - zgodził się. - jego oczy błysnęły groźnie. - Co za dupek.
Delikatnie wyplątała się z jego ramion i położyła dłoń na jego torsie.
- Zgadzam się.
Tym razem to on ją pocałował.
- Nie mogę się doczekać kiedy wyjdę z szpitala i poznam twoich rodziców...
Odwróciła szybko wzrok a jej twarz lekko zbladła.
- Hm... Martin moi rodzice... oni... są za granicą. - wydusiła w końcu.
Żałowała, że musiała zgasić jego entuzjazm. Patrzył nia nią poważnie.
- Nie szkodzi. Kiedyś przyjadą. Ale zdaje mi się... nie masz z nimi dobrych relacji, prawda?
Pokręciła głową. Przytulił ją do piersi.
- Nie wiem co powiedzieć. - stwierdził.
- Po prostu nie mów nic. - zdobyła się na łagodny ton. - Nie oczekuję od ciebie, że powiesz mi "Przykro mi" Nie chcę tego. Wysłuchałam już wystarczająco dużo rzeczy tego typu.
 Ścisnął ją mocniej.
- Więc nie powiem nic. - wtulił twarz w jej szyję. - Kocham cię. Pokochałem cię kiedy pierwszy raz cię zobaczyłem, wiesz?
- Miłość od pierwszego wejrzenia? - zapytała rozbawiona i odchyliła głowę by spojrzeć na niego.
Jego wargi drgnęły.
- Stanowczo.
Siedzieli w milczeniu ciesząc się sobą wzajemnie. Nagle zdała sobie sprawę, że z Clarkiem nie mogło być czegoś takiego. To była teraz cisza bez zobowiązań. Cisza dwojga nastolatków zakochanych w sobie. Tamta cisza, z Clarkiem była ciszą dla niej niezręczną i czasem niemalże wymuszoną rozmową. Oczekiwał od niej, że będzie z nim zawsze i wszędzie;  był potwornie zazdrosny. Było faktem, że wiele chłopców się w niej zauroczyło. Tylko ona szukała prawdziwej i głębokiej więzi. Teraz z Martinem wreszcie zaczęła ją czuć. Nici porozumienia, które zaczęły tworzyć most między ich sercami...
- O czym myślisz? - ciepłe wargi dotknęły jej szyi.
- O nas. - odparła z prostotą. - O tym co zaczyna nas łączyć a co nie łączyło mnie z Clarkiem. - już chciał coś powiedzieć lecz zatkała jego usta dłonią. - Kochałam go, Martin. Myślałam, że on mnie też. Wydarzenia pokazały, że się myliłam. Nie zawsze da się odnaleźć za pierwszym razem osobę, którą się naprawdę pokocha.
- Oczywiście. - przesunął palcem po jej obojczyku. - Zazwyczaj ludzie szukają i przebierają, no nie?
Przycisnęła wargi do jego warg prowokując namiętny pocałunek.
- Prawda. - szepnęła. - Ja też szukałam. I znalazłam.
Uśmiechnął się i odgarnął jej włosy na plecy. Pocałował ją w szyję.
- Kogo znalazłaś? - kontynuował wędrówkę po jej szyi. Zadrżała.
- Ciebie.
- Kiedy zdałaś sobie sprawę, że to ja jestem tym jedynym?
Wsunęła ostrożnie jedną dłoń pod koszulę i dotknęła obandażowanych żeber. Położyła delikatnie rękę na tym miejscu.
- Gdy siedziałam przy tobie i patrzyłam jak śpisz.
Posadził ją sobie między kolanami, zostawiając jej szyję rozgrzaną. Z ochotą oparła się plecami o jego klatę. Tym razem zaczął kreślić kręgi na jej brzuchu kciukami.
- Jak do tego doszłaś? - jego ciepły oddech owionął jej policzek.
Wstrzymała na moment oddech gdy zszedł niebezpiecznie w dół rękoma. Dopiero po chwili łapiąc powietrze była w stanie odpowiedzieć na to pytanie.
- Analizowałam wszystko i wszystkich. Sytuacje, wydarzenia. - wzruszyła delikatnie ramionami. - Tak doszłam do tego, że cię kocham, ale cały czas, to odrzucałam.
W końcu zaprzestał tortur i przytulił ją po prostu. Jego chrapliwy oddech wzmógł się nieco. Odsunęła się delikatnie by nie naciskać na jego żebra.
- To miłe. - stwierdził.
Parsknęła śmiechem. Na jego twarz wypłynął szeroki uśmiech.
- Wiem, to było głupie.
- Dobrze, że  to wiesz. - uspokoiła się. - Martin, co ja mam teraz zrobić? Niby mam zapalenie płuc... Ale oni nie są głupi. Na pewno byli u babci.
Potrząsnął głową.
- Twoja babcia nie wiedziała o tym wszystkim.
- Nie. Wiedziała.
- Co? - zapytał zdezorientowany.
- Wiedziała. - powtórzyła. - Opowiedziałam jej o tym wszystkim.
Zmrużył oczy.
- To w takim razie mogła nie wiedzieć, że masz zapalenie...
- Może i tak. - przerwała mu. - Mimo wszystko jakoś, to trzeba
- Zatuszować. - dokończył.
- Właśnie.
- To paskudnie. - podsumował.
- No właśnie.

Kolejny rozdział. Miłego c z y t a n i a . :D